Turystyka Gniezno
Powrót

Mity i legendy




Folder w formacie e-book


Dawno, dawno temu…

Nie da się uniknąć powiązań faktów historycznych dotyczących początków państwowości polskiej (m.in. chrzest Polski, koronacje pierwszych pięciu królów polskich) z legendami i podaniami regionalnymi. Niewątpliwie to one przyczyniły się do ukształtowania naszych wyobrażeń o państwie Polan. Powiat Gniezno, teren tak obfi tujący w historiografi czne fakty, posiada również bogactwo przeróżnych podań, legend i mitów nieznanych szerszej publiczności. Zawartość niniejszego folderu to jedynie niewielka część tych niezwykłych historii...
 


Czytanie „Starej baśni” nad jeziorem Lednica – tu Doman, Dziwa, tu chram Nij…

 


Gdzie orła gniazdo, tam początek państwa Piastów.


Legenda o Lechu i Orle – Gniezno

Legendarne historie o Gnieźnie i okolicy należy rozpocząć, przypominając powszechnie znane podania o Lechu i Orle. Kiedyś opowiadane przez nasze prababcie czy wędrownych bajarzy, dziś dostępne są w rozmaitych wersjach elektronicznych czy książkowych. Opowieść ta jest istotna dla historycznych dziejów Gniezna, ponieważ dotyczy początków nie tylko grodu, który z czasem stał się miastem, ale także narodzin państwa i godła. Ponad 1000-letnia tradycja przyczyniła się do budowania tożsamości narodowej i patriotyzmu, dzięki którym Polska przetrwała trudny okres rozbiorów.

A więc…
Trzech braci – Lech, Czech i Rus postanowili wyruszyć w poszukiwaniu nowego miejsca dla swoich ludzi. Przez wiele dni przedzierali się przez puszcze i pustkowia, wciąż szukając tego jedynego, najlepszego. Pewnego dnia



Gnieźnieńska Dolina Pojednania z symbolem dębu – kolebki naszej państwowości.


Lech, nieco odłączywszy się od pozostałych, dotarł na puszczańską polanę, gdzie na wysokim dębie zobaczył gniazdo, a w nim orła z szeroko rozpostartymi skrzydłami i siedzące młode. Zachwycony widokiem zwołał swoich ludzi, oznajmiając im, że od tej pory tu będzie ich nowy dom. Lech postanowił nazwać to miejsce Gniezdno – upamiętniając orle gniazdo i jednocześnie wyznaczając swoją siedzibę – „własne gniazdo”. Jako znak swój i swoich ludzi postanowił przyjąć orła białego z rozpostartymi skrzydłami. W miejscu, gdzie Lech ujrzał orle gniazdo, nakazał budować gród! Tak zaczęły się legendarne dzieje Gniezna, tak rozpoczęła się historia Polski.

Legenda o niemieckim leśniczym – Skorzęcin


Fragment mapy z zabudowaniami starej leśniczówki z czasów,
w których żył leśniczy Paul Redlich.


W odległości 300 m od leśniczówki Stary Dwór w Skorzęcinie, w uroczysku Skorzęcin, znajduje się grób Paula Redlicha – niemieckiego gospodarza lasów skorzęcińskich z początków XX wieku. Zmarłemu w 1916 roku nadleśniczemu, zgodnie z jego życzeniem, nie postawiono pomnika, ale posadzono przy mogile pięć daglezji, z których każda symbolizuje dziesięć lat z jegożycia. Dziś wspaniałe, 30-metrowe drzewa górują nad wierzchołkami pozostałych. Według legendy to duch nadleśniczego stał się pośmiertnym obrońcą lasu, który dba o dobro okolicznej przyrody. I biada temu, kto naruszy jej spokój.
Redlich jako doskonały leśnik pozostawił po sobie piękne dąbrowy, kępy bukowe oraz nieznaną w tamtych czasach w regionie daglezję. Dwie, z wielu wtedy posadzonych daglezji, są wpisane do Krajowego Rejestru Drzew Doborowych.

Leśniczówka Skorzęcin

Sekretarzówka powstawała w latach 1934-1936 na obrzeżach lasu w otoczeniu kilku, wówczas 230-letnich, dębów. Na kamiennym fundamencie ustawiono drewnianą konstrukcję, na której opiera się ta dwukondygnacyjna budowla. Strop ocieplono gliną wymieszaną z trocinami i plewami, ściany wypełniono mieszanką wapiennej zaprawy i trzciny. Między belkami a drewnianą obudową leśniczówki pozostawiono 4-centymetrową wolną przestrzeń, która ma tworzyć izolację. Na budowę drewnianej Sekretarzówki zużyto wiele kubików najlepszej jakości drewna sosnowego.

Leśniczówka Skorzęcin jest jedną z trzech identycznych Sekretarzówek powstałych w tym regionie w latach 1934-1936. Dwie pozostałe znajdują się na terenie sąsiadującego nadleśnictwa Gołąbki.



Leśniczy Redlich – opiekun lasu i jego mieszkańców.

 


Mityczna Izyda – Małachowo Złych Miejsc

Małachowo Złych Miejsc – nazwa niezwykła, oryginalna i jedyna wśród miejscowości w Polsce. Jej pochodzenie nie jest jednoznacznie wyjaśnione. Informacje źródłowe mieszają się z legendami. Wiadomo, że początki osadzania się na terenie Małachowa sięgają co najmniej XIII wieku. W tym okresie na terenie porastającej je puszczy były zakładane kolejne osady m.in. przez członków rodu Gryfi tów, które nazwano: Małachowo, a każda dostawała dodatkowe miano, i tak powstały Małachowo: Szembrowice, Wierzbiczany, Kępe, Kręstkowe, Męcichowo i Złych Miejsc. Tak jak nazwa Szemborowice może wywodzić się od imienia Szembor czy Wierzbiczany od Wierzbięta lub Kępe po prostu od Kępy, tak nazwę Małachowo Złych Miejsc trudniej wyjaśnić. Z jednej strony mówi się o przekształceniu imienia Piotra Złemięso, znanego ze źródeł z 1397 roku, w Złe Miejsca. Legenda podaje jednak, że na taką nazwę miejsce to zasłużyło dzięki duchowi złego hrabiego, który utonął w okolicznych błotach, starając się wydobyć karetę, gdy ta ugrzęzła na drodze.
 


Izyda – „zagubiona” egipska fi gurka; słowiańska bogini, a może chrześcijańska święta?


Z miejscowością tą łączy się niezwykłe znalezisko, jakie odkryto w latach 1860-1861 w sposób zupełnie przypadkowy. Mianowicie na okolicznych polach, podczas sypania kopca na ziemniaki, znaleziono niewielką brązową fi gurkę Izydy. Znalezisko jest o tyle niezwykłe, iż bogini Izyda wywodzi się z Egiptu i z cywilizacją europejską ma niewiele wspólnego – kult bogini Izydy o kilka tysiącleci wyprzedza intensywne, stałe osadnictwo naszych obszarów. W mitologii egipskiej Izyda była władczynią nieba i ziemi, jednym z wcieleń Wielkiej Macierzy. W czasach późniejszych, w cywilizacji greckiej, jej funkcję przejęła bogini Demeter. Izyda była córką bogini Nut i boga Geba. Była siostrą i żoną Ozyrysa, którego przywróciła do życia, gdy go uśmiercił i poćwiartował Set. Wraz z Ozyrysem i synem Horusem stanowili naczelną triadę bogów Egiptu. Izyda była boginią płodności, opiekunką rodzin, w niepokalany sposób poczęła Horusa. Jej postać przedstawiano jako siedzącą niewiastę karmiącą dziecko lub matkę trzymającą dziecko na kolanach – stąd skłonność widzenia w Izydzie wzoru chrześcijańskiego kultu Maryi.
 


Izyda karmiąca syna Horusa. Zdjęcie pochodzi z Muzeum Archeologicznego
w Poznaniu, niestety, sama fi gurka zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.


Niestety, nie wiadomo w jaki sposób i kiedy fi gurka Izydy, która zaginęła później w niewyjaśnionych okolicznościach, znalazła się w okolicach Małachowa. Czy dotarła tu przed wiekami wraz z karawanami przemierzającymi nasze tereny w początkach nowej ery? Czy przybyła tutaj z wyznawcami nowej religii, w tamtym czasie czy może później, gdy i w Polsce chrześcijaństwo zyskało więcej zwolenników? Czy uda się kiedykolwiek wyjaśnić tajemnicę małachowskiej Izydy? Czy na zawsze pozostanie otoczona mgłą tajemniczości, a kolejni badacze będą snuć hipotezy i domysły o niej?

Legenda o smoku trójgłowym – Drachowo


Figura smoka z Drachowa, podobnie jak inne rzeźby na szlaku, powstała w ramach projektu
„Zintegrowany system informacji wizualnej – szlaki i obiekty turystyczne
w Powiecie Gnieźnieńskim” realizowanego przez powiat gnieźnieński ze środków Unii Europejskiej.

 

Wiaderko i czerpaki ze zbiorów Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.
Być może właśnie w takim naczyniu smok otrzymywał codzienną porcję swojego ulubionego napoju.


W języku niemieckim Drachenberg oznacza Smocze Wzgórze. Według lokalnej legendy na wzgórzu, we wsi Drachowo, w czasach, których nie pamiętają najstarsi mieszkańcy, żył trójgłowy smok. Wśród miejscowej ludności poczwara ta budziła strach i przerażenie, porywając ludzi i bydło z okolicznych przysiółków. Nie pomagały zaklęcia i wizyty wiedźminów. Ostatecznie ze smokiem rozprawił się miejscowy bartnik. Postawił on wieczorem przed smoczą jamą trzy wymborki z wódką zaprawioną miodem. Podrzucił jeszcze mięso baranie, po czym zapalił ognisko i czekał co nastąpi. Potwór wypełznął zaraz, skoro tylko się ściemniło. Na wstępie zakąsił. Bartnik ukazał się na tle blasku ogniska i przepił do smoka łyk gorzałki. Smok pociągnął z wymborka i zawył cicho z zadowolenia, a po biesiadzie padł znużony. Na drugi dzień smok nie miał siły napadać na bydło i ludzi. Bartnik dzięki pomocy wieśniaków serwował codziennie zakrapiane kolacje potworowi. Doszło nawet do tego, iż smok po wypiciu zazwyczaj drugiego naczynia mruczał, żądając drapania gałęzią pod szyją, co było dowodem zawartej przyjaźni. Niestety, nadmiar słodkiego trunku wykończył smoka, który odmówił przyjmowania posiłków, chowając się w swej jamie. Niedokończony wątek klechty sugeruje, że gdzieś w gruncie powinny znajdować się kości smoka lub co najmniej jeden czy dwa zęby. Może podczas budowy drogi na wzniesieniu nawet je znaleziono.
 


Kościół pw. św. Wawrzyńca – być może tu, na placu przed świątynią, kat wykonywał swoją pracę.


Dziś na Smoczym Wzgórzu stoi budynek po byłej szkole. Na pamiątkę tego wydarzenia przez pewien czas w Drachowie odbywały się festyny pszczelarskie.
 


W drodze na miejsce kaźni – gnieźnieński kat prowadzi skazańca.


Na podstawie: J. Bruncel; Dynastia chłopska z Drachowa; Wędrówki po Gnieźnieńskiem

Legenda o kacie gnieźnieńskim – Gniezno

Kiedy pojawiła się postać kata jako urzędnika mającego określone obowiązki? Trudno powiedzieć. W okresie plemiennym obowiązywało prawo zwyczajowe, do którego egzekwowania uprawnieni byli wszyscy członkowie pokrzywdzonego rodu. Zmiany następowały wraz z nastaniem innego sposobu rządzenia, gdy utworzono funkcję sędziego, którym początkowo był sam książę lub król. W miarę upływu czasu i wraz z postępującą kodyfi kacją prawa, pojawiła się potrzeba znalezienia odpowiednich osób wykonujących bezpośrednio nałożone kary.

Dzięki przekazowi Galla Anonima wiemy, iż w czasach Bolesława Chrobrego on sam wymierzał karę, symbolicznie uderzając delikwenta rózgą. Jednak na większość z nich skazywali pachołkowie: Komesów, dostojników (…), szanował ich jak mądry władca. Gdy się na nich skarżono, nie dawał lekkomyślnie wiary, a potępionym przez prawo łagodził litościwie wyrok. Nieraz bowiem wydawał jednak surowe kary, wówczas żona jego, królowa, kobieta mądra i roztropna, wielu wydanych na śmierć za przestępstwo wyrwała z rąk pachołków, ocaliła od bezpośredniego niebezpieczeństwa śmierci i w więzieniu, przed strażą zachowała ich miłosiernie przy życiu, niekiedy bez wiedzy króla, a kiedy indziej za jego milczącą zgodą.
 


I znów kat wykonuje swoje obowiązki na gnieźnieńskim rynku.


Gall Anonim jeszcze kilkukrotnie opisywał kary, jakie wymierzali poszczególni władcy: Bolesław Chrobry w 1003 roku kazał oślepić czeskiego księcia Bolesława Rudego, Bolesław Śmiały w 1079 roku skazał biskupa krakowskiego Stanisława na obcięcie członków.



Wnętrze karczmy czeka. Tylko karczmarza brak…


Czy kat w Gnieźnie pojawił się wraz z aktem lokacyjnym miasta – a więc około 1239 roku? Trudno powiedzieć, niemniej jednak wraz z pojawieniem się instytucji sądu, także on rozpoczął swoją działalność. W Gnieźnie zwany był Mistrzem lub Panem Małolepszym, a miejscem jego pracy było wzgórze Cierpięgi. Tam trudnił się profesją polegającą na zadawaniu bólu, okaleczaniu lub pozbawianiu życia. Ze względu na wykonywaną pracę, dzięki której często bogacił się, musiał znać anatomię. Poza tym potrafi ł czytać i pisać.

Legenda o karczmarzu – Waliszewo

Bardzo często przejeżdżamy obok miejsc pozornie nieinteresujących. Wystarczy jednak posłuchać starszych ludzi albo poczytać literaturę z dawnych lat, a okaże się, że te miejsca mają niezwykłą historię.

Tak jest np. z niewielkim placem, dziś niemal pustym, porośniętym drzewami, a zlokalizowanym na skrzyżowaniu dróg z Gniezna do Kłecka i z Waliszewa do Dziećmiarek. Tutaj, przed rokiem 1840, stała karczma zwana Waliszewek, która zyskała złą sławę. Otóż, do dziś krążą wieści, iż jej karczmarz chętnie przyjmował w swoje progi gości. Robił to jednak tylko po to, aby później uśmiercić ich i okraść. Ciała zakopywał zwykle w pobliżu karczmy, stąd też pochodzi jej nazwa: Czerwona Karczma.
 


Karczmarz z Waliszewa – czy wszyscy goście wyruszyli w dalszą podróż po uczcie?


W 1840 roku budynek spłonął. Co stało się z karczmarzem? Nie wiadomo, ale karczmy już nie odbudowano, a zła sława przetrwała. W pobliżu tego miejsca znajdowało się o wiele starsze, pochodzące z wczesnego średniowiecza, cmentarzysko. To z niego pochodziły ludzkie kości i czaszki, które ludzie łączyli z Czerwoną Karczmą i ze złym karczmarzem. Jeszcze w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku na usytuowanym tutaj wybierzysku żwiru znajdowano fragmenty szkieletów i przedmioty z wczesnego średniowiecza.

Na podstawie: J. Wrzesiński, O Dziećmiarkach, Łysej Górze i Psiababie oraz „Czerwonej Karczmie” Waliszewek, w: Studia Lednickie, t. 3, 1994.

Legenda o zielarkach spalonych na stosie – Gorzuchowo

Wokół czarów i czarownic narosło mnóstwo mitów i legend. Ciekawostką jest fakt, iż powszechnie dziś i w przeszłości czary łączymy z kobietami. To one były oskarżane o kontakty i sprzyjanie siłom nieczystym, czyniły czary, działając na szkodę swoich sąsiadów i otoczenia. Bardzo często padały ofi arą pomówienia, a ich wina wynikała raczej z niechęci lub osobistych żali oskarżycieli!
 


Zielarki – pomagały, intrygowały, wabiły, niepokoiły. Czasami zawadzały…


Okres od XIV do połowy XVII wieku to czas tzw. polowania na czarownice. Dochodziło wtedy do licznych oskarżeń, procesów, egzekucji podejrzanych o czary. Wszystkie te postępowania (często łącznie z torturami) odbywały się publicznie, będąc swoistym widowiskiem.

Proceder ten nie ominął także terenów dzisiejszej Polski, gdzie ofi cjalnie zakazano go w roku 1776. Jeden z ostatnich procesów, jaki odbył się, zanim zaczęła obowiązywać uchwała, miał miejsce przed sądem w Kiszkowie. Dotyczył on oskarżenia dziesięciu kobiet o to, iż dopuściły się zapomnienia bojaźni boskiej i przykazań jego artykułów wiary świętej katolickiej, a przywiązawszy się do czarta, którego się na chrzcie świętym wyrzekły i onego sobie do niegodziwych akcji i niecnot swoich, które czyniły, za pomocnika przybrawszy, wyrzekły się Pana Boga i Matki Najświętszej i Wszystkich Świętych. Oskarżenie wnieśli Bartłomiej, Tomasz i Jan Szeliscy – ówcześni właściciele Gorzuchowa. Ich skargi nie zostały przyjęte ani w sądzie w Gnieźnie, ani w Pobiedziskach, ominęli też sąd w Kłecku i znajdując podatny grunt dla swoich oskarżeń w Kiszkowie, zarzucili uprawianie czarów: Petroneli Kusiewa i jej córce Reginie, Maryjannie i jej córce Katarzynie, Reginie Śramina, Małgorzacie Błachowa, Zofi i Szymkowa, dziewce Katarzynie, Piechowej Banaszka oraz starej Dorocie. Kobiety poddano torturom i w konsekwencji przyznały się do związku z diabłem i licznych pobytów na Łysej Górze która w brzezinie wilkowyjskiej się znajdowała, a także do zapomnienia bojaźni Boskiej i przykazań Jego oraz artykułów świętej wiary katolickiej a przywiązawszy się do czarta, którego się na chrzcie wyrzekły i onego sobie do niegodziwych akcyi i niecnót swoich, które czyniły za pomocnika przybrawszy (...) Najświętsze Sakramenta po kościołach kradły, na proszki paliły, po różnych chlewach i różnych miejscach nieuczciwych siekły, krew Przenajświętszą z komunikantów, raz na okup ludzkiego narodu przez Zbawiciela świata wylaną, drugi raz toczyły, różne Inkantacyje i czary z proszków kobylich łbów, żmijów, wężów i wilczej łapy, którą w Zakrzewie z zabitego wilka urżnęły.
 


Kim naprawdę były kobiety z Gorzuchowa?


Wyrok mógł zapaść tylko jeden – dziesięć kobiet (najmłodsza miała 13 lat) – skazanych zostało na śmierć przez spalenie na stosie. Wykonano go 30 września 1761 roku w miejscu, które do dziś nazywane jest Kuś.
 


W miejscu śmierci zielarek znajduje się dziesięć symbolicznych kamieni.


Według wciąż żywej miejscowej legendy jedna z oskarżonych rzuciła klątwę na mieszkańców i na miejscowość Kiszkowo – miasto miało utracić zarówno prawa miejskie, jak i swoją nazwę. Klątwa spełniła się prawie 200 lat później! Prawa miejskie znieśli pruscy zaborcy, a okupant niemiecki zmienił nazwę na Welnau.

Na podstawie: J. Dydyński, Wiadomości historyczne o Mieście Kłecku, Poznań 2004.

Legenda o zbóju Macieju – Modliszewo

Dawno temu, bo jeszcze za czasów, gdy miłościwy panował król Władysław, co go Łokietkiem zwali, grasował w gnieźnieńskiej krainie zbój srogi. Rabował on kupców wszelakich, co koło Gniezna przejeżdżali. Gniazdo swe zbójeckie nieopodal Modliszewka uwił, jako wąż złowrogi na uczciwoty wszelkie też napadał. A był to pono rabuś nad rabusie, bo nikt nigdy o jego kamratach nie słyszał, przeto sam musiał grzesznych występków dokonywać. Aż razu pewnego kupcy kruczoczarni ze słonecznej Italii przez ziemię piastowską przechodzili. Lecz nim do Gniezna doszli, zły Maciej pośród gęstwin ich swym nosem czarcim wywęszył. Karawanę całą złupił doszczętnie, jednak opatrzność Boża nad przybyszami z Południa czuwała, bo z życiem uszli przed zbójem diabelskim. Do Gniezna wycieńczeni doszli i wszystko sędziemu wyjawili. Ten, gdy się dowiedział, pono aż z gniewu zaczerwieniał, bo nie wiedział, jak zbója pojmać. Wtedy to jeden z przybyłych powiedział mu, że wielkie zapasy wina przedniego wieźli, co pod słońcem Toskanii dojrzewało. Na to sędzia zarządził, by natychmiast wyruszyli, a szukać długo nie musieli, bo oto zbój Maciej teraz pod drzewem niedaleko leśniczówki Koreczno spał winem zamroczony.
 

 


Poszukiwania śladów zbója Macieja – wyprawa na zbójecki szlak.

   

  Zbój, co winem dał się zbałamucić.


Na podstawie: P. Bąkowski, www.gniezno.com.pl.

Legenda o zatopionej wsi z kościołem – Głęboczek

Przy granicy dwóch województw: wielkopolskiego i kujawsko-pomorskiego, w pobliżu rzeki Wełny, znajduje się jezioro Głęboczek. Położone w zagłębieniu powstałym na skutek działania ostatniego lodowca zajmuje powierzchnię 10 ha. Zgodnie z legendą na tym miejscu lokowana była wieś z kościołem. Jej mieszkańcy za niewłaściwe prowadzenie się zostali ukarani przez Boga, który pewnego dnia zatopił grzeszną wioskę wraz z ludnością. Na jej miejscu powstało istniejące do dzisiaj jezioro Głęboczek. Jak wspominają lokalni wędkarze łowiący nocą ryby, gdy wokół zalega cisza, słychać niosący się po tafl i jeziora głos kościelnych dzwonów.

Na terenie powiatu gnieźnieńskiego nie jest to jedyne miejsce, w którym zgodnie z legendą zatopiono kościół. Niejako po przeciwnej stronie Gniezna – w miejscowości Mnichowo – również znajduje się jezioro skrywające tajemnicę. Wśród okolicznej ludności panuje przekonanie, iż w jego głębinach jest zatopiona świątynia. Dawno temu do Mnichowa dotarli mnisi, którzy wznieśli fragmenty murów kościoła. Jednak musieli się źle prowadzić, skoro któregoś dnia owoc ich pracy – niedokończoną budowlę, a także ich samych pochłonęły wody powstałego tu jeziora.
 


Gdy w ciszy dotrzemy na brzeg jeziora, może usłyszymy głos dzwonów?


Legendy wojciechowe – Gniezno

Wśród wielu opowieści jest i ta o najważniejszym mieszkańcu Gniezna – św. Wojciechu.



Stojąc przed Drzwiami Gnieźnieńskimi, czytamy całą historię życia św. Wojciecha.


Od czasów pielgrzymki Ottona III, od roku 1000, Gniezno, a w nim grób świętego jest miejscem pielgrzymowania licznych przybyszy z różnych stron świata. Szczególnym okresem jest przełom kwietnia i maja, kiedy to odbywają się uroczystości wojciechowe. Tak też było przed wiekami. Do Gniezna licznie przybywali pielgrzymi. Niestety, stawali się często ofi arami oszustów, złodziei i żebraków. Dopiero przed uroczystościami udało się zebrać nieproszonych gości na przygotowanych wozach i pod strażą wywieść daleko, aż za Trzemeszno. Pozostawieni samotnie na gościńcu długo wyzywali, wygrażali i złorzeczyli. Ponoć jeden z nich miał wykrzyczeć: za krzywdę naszą, iż nie dozwolili rajcy miejscy tego miasta podnieść się nam choć na czas jaki z nędzy, za to, że przepędzili niech od dziś nigdy w tym dniu słońce nie świeci, a choćby świeciło, niech ziąb mrozi pielgrzymów, a wiatry zimne sieką!
 


Śmierć bpa Wojciecha – fragment Drzwi Gnieźnieńskich.

 

 Plac u stóp katedry – dziś miejsce wielu wydarzeń i uroczystości.


Z przykrością trzeba stwierdzić, że w dniu uroczystości ku czci św. Wojciecha rzadko jest słonecznie.
 


Srebrny sarkofag – trumna z relikwiami św. Wojciecha.